„Merylin Mongoł” – prosimy o zachowanie spokoju!

„Dzisiaj nasza planeta zderzy się z inną planetą. Prosimy o zachowanie spokoju”

Ostatnie cztery lata moją świątynią był teatr niemiecki. Wybierając się więc do Teatru Ateneum na „Merylin Mongoł” po długiej nieobecności w teatrze na Powiślu wiedziałam, że czeka mnie sztuka oparta bardziej na tekście i słowie pisanym (za czym tak bardzo tęskniłam!), a mniej na filozoficznych interpretacjach czy nowatorskich oraz często psychodelicznych wizjach (jak chociażby interpretacja sztuki Kolady przez Larsa von Triera w filmie Melancholia).

„Merylin Mongoł” fot. Teatr Ateneum

„Merylin Mongoł” fot. Teatr Ateneum

„Merylin Mongoł”, a Bogusław Linda

Spoglądając na scenę teatralną ziejącą smutkiem i niepowodzeniem uśmiechnęłam się ironicznie w duchu, no bo czy Niemiec potrafiłby oddać tak dosłownie defetyzm i depresyjny charakter beznadziejnego życia na rosyjskiej prowincji pozbawionego perspektyw tak jak zrobił to Polak? Ten sam Polak, którego znakiem rozpoznawczym są właśnie brutalne sceny kinowe i słynne: „Wyp…”, czyli Bogusław Linda.

Po losach SB-eka, żołnierza, Gerwazego, a ostatnio męskiej niani przyszedł czas na zmianę miejsca siedzenia na miejsce kierowcy. Za ten wybór i odwagę należy się Lindzie uznanie. Reżyserując teatr na takim tekście jak tekst Kolady, Linda pokazał, że nie chce iść na łatwiznę i możliwe, że sam jeszcze szuka swojego sposobu na dotarcie do widza. Mam nadzieję jednak, że następnym razem pokaże coś więcej niż tylko poprawność. Obawiam się, że nie jestem w stanie napisać błyskotliwej recenzji o mało błyskotliwej sztuce, ale mam dla Was parę smaczków, które myślę, że mogą Was zainteresować.

„Merylin Mongoł” fot. Teatr Ateneum

„Merylin Mongoł” fot. Teatr Ateneum

Znalazłam kiedyś takiego mema:

–  Płaczesz?

– Nie, to reakcja alergiczna.

– Na co?

– Na życie.

Cytat ten perfekcyjnie oddaje kalimat sztuki Nikołaja Kolady. „Merylin Mongoł” to opowieść o dramacie przeciętności, nieudacznictwie, braku perspektyw i o złamanych życiach czwórki głównych bohaterów, których nieszczęście widz odczuwa na każdym kroku coraz bardziej dogłębnie, wręcz fizycznie (scena gwałtu). Bieda, alkoholizm, przemoc, wykorzystywanie seksualne – jak cierpieć, to z rozmachem, no nie?

„Merylin Mongoł” fot. Teatr Ateneum

„Merylin Mongoł” fot. Teatr Ateneum

W kontekście brutalizmu sztuki, ciekawostką jest jej tytuł, który w oryginale brzmi: Murlin Murło – kombinacja imienia Marilyn Monroe i słowa “murło”, czyli gęba. Tego tytułu, jak i paru błyskotliwych dialogów („– Z chłopakami jest jak z kiblami. Albo zajęty, albo zasrany”) będę się mocno trzymać. Nadają one tragikomiczny charakter sztuce, pozwalają wierzyć, że autor ma duże poczucie humoru i że historia ta nie powinna być tak dosłownie odczytana jak zrobił to Linda.

Lubię takie smutne historie

Bohaterowie Kolady zdają się marzyć o „prawdziwym” życiu i (cytując klasyka) „piciu szampana”, które znajduje się gdzieś poza granicami ich percepcji, najpewniej w wielkim mieście, bo przecież na prowincji wszystko człowieka zawsze omija. Jakże ironicznie możemy odczytać to przesłanie w kontekście przesłodzonych hollywoodzkich opowieści, czy tvn-owskich seriali znad Wisły karmiących ludzi ogłupiającymi bajkami i rażących odrealnieniem od problemów przeciętnego pana Kowalskiego.

Lubię takie smutne historie jak sztuka Kolady. Nawet jeżeli nie identyfikuję się z totalnym życiowym defetyzmem („Everything will be okay in the end. If it’s not okay, it’s not the end”), to jednak te właśnie brudne historie są dla nas czasami jak alarm i światełko ostrzegawcze zapalające się na końcu jakiegoś neuronu (no choćby na chwilę!). Tym bardziej doceniam takie historie w kontekście społecznej inżynierii szczęścia = szerzenia konformistycznych postaw = ogłupienia społeczeństwa.

Każdy czegoś chce

Kolada w „Merylin Mongoł” szkicuje cztery mocne i stojące do siebie w kontrze charaktery. Każdy z nich czegoś chce, pragnie innego życia, ale żadnemu z bohaterów nie udaje się tego osiągnąć (o ironio losu). I tak też zgrabna, ale głupiutka (nie przeczytała w życiu ani jednej książki) Olga (Olga Sarzyńska) zaniedbywana przez matkę, poniżana przez siostrę alkoholiczkę (Agata Kulesza), wykorzystywana przez prostackiego sąsiada Miszę (Marcin Dorociński) marzy o lepszym życiu, czy jak teraz mówimy o życiu bardziej glamour.

„Merylin Mongoł” fot. Teatr Ateneum

„Merylin Mongoł” fot. Teatr Ateneum

Dlatego też kiedy tylko pojawia się nowy lokator – wrażliwy i wykształcony początkujący poeta Aleksy (Dariusz Wnuk), Olga dostrzega możliwość zmiany. Jak to w życiu bywa jednak, niestety to zatruta atmosfera i poczucie życiowej porażki otoczenia wypaczają niewinnego Aleksego, aby wydobyć z niego najgorsze zwierzęce instynkty (bo przecież podłość zawsze wychodzi z człowieka… (?)).

Kulesza i Dorociński

Genialna Kulesza tworzy skomplikowaną i wiarygodną postać siostry alkoholiczki. Dorociński również trzyma poziom, ten aktor po prostu zawsze wypada dobrze. Natomiast Sarzyńska i Wnuk przy tej dwójce to nic więcej jak tylko odtwórcy i poprawni rzemieślnicy. Każdy z bohaterów dramatu Kolady pragnie lepszego życia (no bo czy można nie chcieć więcej?). Lokalna wróżka zapowiada jednak koniec świata. I tu, o ile Lars von Trier puścił wodze fantazji i zaprosił nas do swojego lewitującego świata, o tyle u Lindy próżno dopatrywać się wizji reżysera. Wprawdzie doceniam niezaserwowanie widzowi umoralniającej papki czy tkliwego zakończenia, ale sztuka kończy się jednym szybkim cięciem, błyśnięciem. Ułamek sekundy, kurtyna w górę, a zdezorientowany widz zadaje sobie pytanie: czy to już koniec, czy przysnąłem i coś mnie ominęło? Trochę za mało, żeby zatrzymać się na dłużej i zastanowić.

„Dzisiaj nasza planeta zderzy się z inną planetą”. Uważaj więc drogi widzu, bo to czego sobie życzysz, może się naprawdę zdarzyć.

KochamTeatr.plReviewed by on. Rating:

O Autorze

Zobacz również:

na co do teatru? 0 komentarzy

Moralny upadek, czyli obraz człowieka w sztuce „Wszyscy moi synowie”  

Całość wygląda, niczym widokówka z jesiennym obrazkiem. Gra aktorów, od samego początku, utrzymana jest na bardzo wysokim poziomie, szczególnie jeżeli chodzi o tak doświadczony duet jak Ferency i Łabonarska, którzy zresztą przed laty debiutowali na Scenie na Woli pod okiem Tadeusza Łomnickiego. Dramat w takiej inscenizacji i z taką obsadą można oglądać codziennie!

Aktualności 0 komentarzy

MIECZYSŁAW SZCZEŚNIAK – KONCERT ZADUSZKOWY

PONIEDZIAŁEK, 2 LISTOPADA GODZ. 19.00,  SCENA KRAKOWSKIE PRZEDMIEŚCIE, UL. KRAKOWSKIE PRZEDMIEŚCIE 66 Mieczysław Szcześniak to artysta wyjątkowy, jego muzykalność, tembr głosu, repertuar, niezależność oraz współpraca z najlepszymi sprawiły, że od wielu lat,

na co do teatru? 0 komentarzy

„Taśma” w Teatrze WARSawy

Spektakl Taśma zaczyna się tak…Niewielka scena otoczona ze wszystkich stron widownią. Pośrodku trójka przyjaciół i spotkanie po latach. Zawsze miło jest się zobaczyć, powspominać stare dobre czasy. Niestety lata mijają, życie pędzi do przodu, a ludzie się zmieniają. No właśnie. Czy aby na pewno wszystko się zmienia?

0 komentarzy

Bądź pierwszy i !

skomentuj tutaj!